Siedzi spokojnie, mówi bez pośpiechu, momentami się zapętla, wraca do tych samych wątków, jakby wciąż próbował sam przed sobą poukładać to, co wydarzyło się w jego życiu. Krzysztof Łachmanek, 60-letni mieszkaniec Jasienia w gminie Czarna Dąbrówka, przez blisko 3 lata przebywał za kratami. Dziś twierdzi, że został zatrzymany i przetrzymywany całkowicie niesłusznie. Jak mówi, nie ma na koncie ani jednego prawomocnego wyroku, a mimo to stracił kilka lat życia, możliwość normalnego funkcjonowania i dobre imię we własnej miejscowości.
::addons{"type":"only-with-us", "color":"black"}
::addons{"type":"youtube","url":"https://youtu.be/KopIr_jgvIc?is=ulg74AWV7Zi3Ky3Y"}
To nie jest łatwa opowieść. Nie ma w niej prostego początku, jednego wydarzenia, które dałoby się wskazać palcem i powiedzieć – od tego wszystko się zaczęło. Jest za to narastający konflikt, kolejne interwencje, oskarżenia, opinie biegłych, areszt, obserwacje psychiatryczne, przedłużane miesiąc po miesiącu zamknięcie i człowiek, który do dziś nie może uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.
– Wyszedłem po trzech latach i nie mam ani jednego prawomocnego wyroku – mówi Łachmanek. I właśnie to zdanie wraca w tej historii jak refren.
::event{"type":"landscape","item":"925"}
Zanim jego życie rozpadło się na pół, był kierowcą zawodowym. Przez lata jeździł ciężarówkami, woził papier z portu do drukarni w całej Polsce. Jak sam opowiada, zna kraj jak własną kieszeń. Przez ponad dziesięć lat mieszkał w Gdyni, później wrócił do domu żony w Jasieniu. Tam osiedli na stałe. Mówi, że w tej okolicy żyją już około 25 lat.
To właśnie w Jasieniu – jak twierdzi – zaczął się dramat, który doprowadził go za kraty.
Na pierwszy rzut oka wszystko brzmi jak sąsiedzka awantura, jakich w małych miejscowościach nie brakuje. Ale w jego relacji ten konflikt z biegiem czasu urósł do rozmiarów sprawy karnej, która miała wciągnąć go w mechanizm nie do zatrzymania.
Łachmanek nie ukrywa, że z sąsiadami nie było dobrze. Przyznaje, że doszło do sytuacji, której dziś nie wybiela. Opowiada, że miał małą plastikową butelkę z niewielką ilością benzyny, podpalił ją i rzucił za płot. Jak twierdzi, od tego wszystko zaczęło się na dobre.
– Jedno źle zrobiłem, do tego się przyznaję – mówi.
Ale zaraz potem dodaje, że później do tej sprawy zaczęto dokładać kolejne elementy, które jego zdaniem nie miały nic wspólnego z realnym zagrożeniem.
Twierdzi, że za przejaw zagrożenia uznano między innymi dwie małe butle gazowe, które wystawił podczas porządków. Podkreśla, że były stare, puste, od lat nieużywane. Mimo to – jak mówi – miały zostać potraktowane jako coś, co mogło doprowadzić do tragedii.
Podobnie miało być z piłą motorową i siekierami, które leżały na jego posesji.
– U mnie, na moim podwórku leży piła motorowa i to już miało być zagrożenie – mówi z wyraźnym wzburzeniem.
Wspomina też sytuacje, które dziś ocenia jako groteskowe. Jedni świadkowie mieli twierdzić, że czuli gaz z butli stojących na zewnątrz, inni nie. On sam podczas rozprawy miał zwracać uwagę, że propan-butan jest cięższy od powietrza i na otwartej przestrzeni taka wersja budzi jego poważne wątpliwości. Jak opowiada, po takich uwagach temat szybko urywano.
W jego ocenie z pojedynczych incydentów, sąsiedzkich pretensji i zwykłych przedmiotów codziennego użytku zbudowano obraz człowieka niebezpiecznego.
Łachmanek twierdzi, że prokuratura rozbudowała sprawę do rozmiarów, których zupełnie się nie spodziewał. Pada nazwisko prokuratorki z Lęborka, która – według jego relacji – miała z jednego ciągu zdarzeń zrobić aż siedem zarzutów.
– Siedem zarzutów. Z tego jednego zrobili siedem zarzutów – powtarza.
W jego opowieści stale przewija się przekonanie, że aparat państwa nie szukał już prawdy, tylko konsekwentnie szedł w kierunku potwierdzenia wcześniej przyjętej wersji. Opowiada o tym z mieszaniną gniewu, zmęczenia i niedowierzania.
Jednym z pierwszych punktów zapalnych miała być sytuacja, gdy poszedł do sąsiadów zapytać o młodego mężczyznę, który – jak twierdzi – wcześniej go potrącił. Mówi, że wszedł na ich posesję normalnie, przez furtkę, w biały dzień, bez awantury i bez przemocy. W jego przekonaniu właśnie z tego zrobiono potem „wtargnięcie”, które miało rozpocząć lawinę dalszych zdarzeń.
Do aresztu trafił w 2021 roku. Jak relacjonuje, był to dla niego szok. Nie spodziewał się, że zostanie zatrzymany na tak długo. Jeszcze mniej spodziewał się, że pobyt za kratami będzie przedłużany raz za razem.
Z jego opowieści wyłania się obraz człowieka żyjącego od decyzji do decyzji, od miesiąca do miesiąca, w przekonaniu, że może właśnie teraz zapadnie koniec tej historii. Tyle że ten koniec ciągle nie nadchodził.
Mówi, że najpierw areszt przedłużano standardowo, później coraz bardziej mechanicznie. Co miesiąc miał słyszeć, że to już ostatni raz. I co miesiąc okazywało się, że jednak nie.
– Zawsze człowiek myślał, że to już ostatni miesiąc – wynika z jego relacji.
W jego słowach nie ma wielkich prawniczych analiz. Jest proste doświadczenie zamkniętego człowieka, który miał poczucie, że system działa bezwładnie, a jego los nikogo szczególnie nie obchodzi.
W pewnym momencie do sprawy wszedł także wątek psychiatryczny. Łachmanek opowiada, że kierowano go na obserwacje, pojawiały się kolejne opinie, a obrona odwoływała się od decyzji. Mówi o zakładzie psychiatrycznym, o obserwacji, o tym, że finalnie przez miesiąc przebywał w Stargardzie Szczecińskim, gdzie – jak sam przyznaje z gorzką ironią – warunki były lepsze niż w areszcie.
Opowiada o świeżym jedzeniu, możliwości kąpieli, normalniejszym traktowaniu. Wie, że brzmi to paradoksalnie, ale nie ukrywa, że właśnie tak to zapamiętał.
Jednocześnie podkreśla, że nie uważa pobytu tam za potrzebny. Według niego miał to być kolejny etap postępowania, który tylko pogłębiał chaos.
Wspomina również o badaniach głowy, w tym rezonansie magnetycznym. Twierdzi, że sam zgodził się na takie badania, bo chciał, by wszystko dokładnie sprawdzono. Według jego relacji badania obrazowe nie wykazały niczego niepokojącego. Mimo to biegli mieli sformułować opinie, z których później wyciągnięto daleko idące wnioski.
Najbardziej dotknęło go to, że – jak mówi – uznano go za osobę upośledzoną lub niezdolną do bezpiecznego prowadzenia pojazdów. Dla człowieka, który całe życie spędził za kierownicą, to nie tylko formalność. To symboliczne odebranie tożsamości.
Najbardziej poruszający fragment tej historii dotyczy dnia, w którym po niemal trzech latach usłyszał, że wychodzi na wolność.
Mówi, że rano poinformowano go jeszcze o kolejnym przedłużeniu aresztu. Wszystko wskazywało więc na to, że znów nic się nie zmieni. Później odbywała się rozprawa odwoławcza, w której – jak twierdzi – nawet nie uczestniczył osobiście. Nie spodziewał się niczego przełomowego.
Po obiedzie otworzyły się drzwi celi. Został wezwany. Trafił do pomieszczenia, w którym usłyszał, że to koniec i wychodzi.
– Powiedziała, że wszystko jest w porządku, że koniec, że wychodzę. Nie wiedziałem, co zrobić. Padłem na kolana – wspomina.
To właśnie ten obraz zostaje najmocniej. Nie krzyk, nie awantura, nie zemsta. Tylko człowiek, który po latach wychodzi z zamknięcia i w pierwszej reakcji osuwa się na kolana, bo nie jest w stanie unieść emocji.
Po wyjściu na wolność nie zaczął nowego życia. Wyszedł z aresztu, ale nie wyszedł z piętna.
Łachmanek twierdzi, że do dziś nie ma ani jednego prawomocnego wyroku. Sprawy – jak mówi – ostatecznie się zakończyły. Nie oznacza to jednak powrotu do normalności.
Mówi o konsekwencjach, które nadal go dotykają. O zabranych uprawnieniach do kierowania pojazdami. O tym, że w dokumentach miały pojawić się informacje, z którymi się nie zgadza. O tym, że czuje się wypchnięty poza nawias.
Dla wielu mieszkańców wsi i małych miejscowości sama informacja o pobycie w więzieniu czy areszcie wystarcza, by przykleić komuś łatkę na całe życie. Łachmanek mówi o tym wprost.
– Człowiek czuje, jak ludzie patrzą. Jakby już był oznaczony – taki sens wybrzmiewa z jego wypowiedzi.
Twierdzi, że niektórzy mieszkańcy trzymają dystans, że czuje niechęć, że trudno mu wrócić do zwyczajnego funkcjonowania. Może nikt nie przechodzi demonstracyjnie na drugą stronę ulicy, ale – jak podkreśla – widać po ludziach, że traktują go inaczej.
Kiedy on siedział, jego żona została sama. Syn pomagał tyle, ile mógł, ale dom i codzienność spadły przede wszystkim na barki rodziny. Z relacji Łachmanka wyłania się obraz zwykłego, cichego cierpienia. Bez wielkich deklaracji. Bez dramatycznych gestów. Po prostu trzy lata życia w zawieszeniu.
Żona – jak opowiada – ma bardzo niską emeryturę. On sam dziś utrzymuje się głównie z pomocy społecznej. Otrzymuje około tysiąca złotych miesięcznie i musi stale pisać kolejne podania. Nie ma renty. Nie pracuje. Twierdzi, że stan zdrowia też mu na to nie pozwala.
Wspomina przy tym dawny uraz i problemy z lewą stroną ciała. Mówi, że już wcześniej mierzył się z ograniczeniami zdrowotnymi. Pobyt w areszcie nie pomógł mu wrócić do sił. Przeciwnie – jeszcze bardziej go osłabił.
Kiedy pytanie schodzi na temat sąsiadów, jego odpowiedzi stają się krótkie. Widać, że to granica, za którą nie chce już wchodzić.
Mówi, że dziś nie odzywa się do nich w ogóle. Nie patrzy, nie mówi „dzień dobry”, nie utrzymuje żadnego kontaktu. Jak twierdzi, całkowicie odciął się od tej relacji.
Nie brzmi to jak zwycięstwo. Bardziej jak rezygnacja. Jak mechanizm obronny człowieka, który już nie chce kolejnego zapalnika, kolejnego nieporozumienia, kolejnej historii.
Łachmanek nie ukrywa, że chciałby dochodzić odszkodowania. Rozmawiał o tym z adwokatem i uważa, że po latach spędzonych w areszcie należy mu się rekompensata. To jednak tylko jedna strona tej sprawy.
Druga jest znacznie bardziej ludzka i znacznie trudniejsza do naprawienia.
On chce, by ludzie usłyszeli jego wersję. Chce powiedzieć publicznie, że nie był skazanym przestępcą, lecz człowiekiem, który – według własnych słów – został wciągnięty w tryby systemu i zbyt długo nie mógł się z nich wydostać.
W pewnym momencie pada nawet zdanie, że chciałby być po prostu normalnym mieszkańcem Jasienia jak wszyscy inni. Zaraz jednak sam studzi te nadzieje i przyznaje, że chyba już na to nie liczy.
I może właśnie to jest w tej historii najbardziej poruszające. Nie sam areszt. Nie nawet długość izolacji. Tylko to ciche przekonanie, że pewnych strat nie da się już odrobić.
– Nie mam wyroku. A trzy lata życia mi zabrali – taki sens niesie jego opowieść.
CO WYNIKA Z AKT SPRAWY?
Historia Krzysztofa Łachmanka ma dwa zupełnie różne oblicza. Z jednej strony jest jego własna opowieść o kilku latach spędzonych za kratami bez prawomocnego wyroku. Z drugiej – są akta sprawy, opinie biegłych oraz uzasadnienia postanowień sądowych, z których wyłania się obraz człowieka uznanego przez organy ścigania i sądy za realne zagrożenie dla otoczenia.
To właśnie ten drugi wątek wymaga szczególnego uporządkowania, bo dopiero po zapoznaniu się z treścią akt widać, dlaczego śledczy i sądy przez tak długi czas nie zgadzały się na jego wyjście na wolność.
Jak wynika z akt, Krzysztof Łachmanek był podejrzewany między innymi o popełnienie czynu z art. 190a § 1 kodeksu karnego. Chodzi o uporczywe nękanie innej osoby lub jej najbliższych, czyli przestępstwo zagrożone karą od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności.
W tej sprawie pokrzywdzonymi miały być sąsiadki. Według ustaleń zawartych w dokumentach, do zachowań objętych postępowaniem miało dochodzić w okresie od 1 września 2020 roku do 20 września 2021 roku w Jasieniu.
Z akt wynika, że Łachmanek miał uporczywie nękać mieszkające obok kobiety. W uzasadnieniach i opisach czynów pojawia się długa lista zachowań, które – według śledczych i sądu – miały tworzyć ciąg działań wymierzonych w konkretne osoby.
Z materiałów procesowych wynika, że podejrzany miał obserwować sąsiadki, wyzywać je słowami wulgarnymi, prowokować, a także zakłócać ich spokój poprzez głośne włączanie muzyki i ustawianie głośników w oknie skierowanym w stronę ich domu.
W aktach pojawiają się również opisy zachowań skrajnie upokarzających i obscenicznych. Według zgromadzonych relacji Łachmanek miał obnażać się przed pokrzywdzonymi, zdejmować ubranie, odsłaniać pośladki i genitalia, a także załatwiać potrzeby fizjologiczne w ich obecności lub demonstracyjnie w pobliżu granicy posesji. W jednym z opisów wskazano nawet, że 2 września 2021 roku przy płocie graniczącym z posesją sąsiadek ustawił muszlę klozetową, zawiesił worek foliowy, a następnie załatwił do pozostawionej przez siebie muszli potrzeby fizjologiczne.
Według akt miały się też pojawiać kartki, tablice i napisy umieszczane na budynku, płocie lub tablicy ogłoszeń w Jasieniu. Treści te miały obrażać sąsiadki, ich znajomych, a nawet nieżyjącego męża jednej z kobiet. W dokumentach wskazano też, że na rozwieszanych kartkach miały pojawiać się sugestie, jakoby kobiety świadczyły usługi seksualne.
To jednak nie koniec. W ustaleniach śledczych znalazły się także informacje, że Łachmanek miał pluć pod nogi pokrzywdzonych, gdy przechodziły obok jego posesji, pomawiać je o popełnianie przestępstw na jego szkodę, a wobec dwóch młodszych sąsiadek kierować propozycje seksualne.
W aktach szczegółowo opisano również pojedyncze zdarzenia, które zostały potraktowane jako element większego ciągu agresywnych zachowań.
Jedno z nich miało dotyczyć 22 maja 2021 roku. Według dokumentów Łachmanek miał wtedy naruszyć mir domowy sąsiadek, wtargnąć do ich domu i grozić użyciem trzymanego w dłoni zszywacza tapicerskiego. Pomimo próśb nie miał opuścić budynku, aż do momentu siłowego wyprowadzenia go przez sąsiada.
Kolejne zdarzenie miało mieć miejsce 22 lipca 2021 roku. Wtedy – jak wynika z akt – miał rzucić swój rower pod koła samochodu prowadzonego przez sąsiadkę, a następnie oskarżać ją o potrącenie.
W dokumentach pojawia się też opis z 3 września 2021 roku. Wtedy miał zniszczyć około 7 metrów bieżących siatki ogrodzeniowej pomiędzy posesjami, przecinając ją szlifierką kątową.
To właśnie te fragmenty sprawy najmocniej przewijają się później w opowieści samego Krzysztofa Łachmanka. W aktach jednak zapisano je jednoznacznie jako elementy budujące stan zagrożenia.
Dzień po przecięciu ogrodzenia, czyli 4 września 2021 roku, miał ustawić na swojej posesji i przypiąć łańcuchem do ogrodzenia dwie butle gazowe o wadze 3 kilogramów każda. Według ustaleń pozostawił je odkręcone, z ulatniającym się gazem.
W aktach wskazano też, że 20 września 2021 roku eksponował piłę motorową i siekierę, układając je ostrzem do góry na beczce stojącej bezpośrednio przy ogrodzeniu rozdzielającym obie posesje.
Tego samego dnia miał również ustawić na zewnętrznym parapecie swojego domu butelkę z cieczą ropopochodną – w postaci zużytego oleju silnikowego – z zatkniętym lontem wykonanym z tkaniny.
Najpoważniejszy epizod opisany w materiałach dotyczy również 20 września 2021 roku. Według ustaleń Łachmanek miał rzucić w kierunku okna piwnicznego domu sąsiadek rozpaloną butelkę z tworzywa sztucznego z cieczą ropopochodną. Butelka miała uderzyć w ścianę budynku, powodując okopcenie i osmolenie elewacji oraz kostki brukowej.
W aktach pojawia się także osobny wątek drogowy. Według ustaleń 22 lipca 2021 roku Łachmanek prowadził w Jasieniu samochód osobowy, znajdując się w stanie nietrzeźwości. Badanie miało wykazać 2,29 promila alkoholu.
W dokumentach podkreślono, że stworzył w ten sposób bardzo duże zagrożenie nie tylko dla siebie i innych uczestników ruchu drogowego, ale również dla żony, która miała znajdować się razem z nim w samochodzie.
Wskazano również na – jak to oceniono – nieodpowiedzialną postawę żony, która miała wiedzieć, że jest pod wpływem alkoholu, a mimo to dopuścić do tego, by prowadził pojazd.
Tymczasowy areszt wobec Krzysztofa Łachmanka był wielokrotnie przedłużany. Kiedy po raz kolejny zajmowano się tym w kwietniu 2024 roku, sędzia z Sądu Okręgowego w Słupsku przypominał, że wcześniej areszt przedłużał już także Sąd Rejonowy w Lęborku.
W uzasadnieniu wskazywano, że nadal zachodzą przesłanki świadczące o wysokim prawdopodobieństwie popełniania przez podejrzanego zarzucanych mu czynów. Sąd miał również uznać, że istnieje realne ryzyko, iż przebywając na wolności, mógłby popełnić przestępstwo przeciwko życiu i zdrowiu pokrzywdzonych.
To właśnie ten argument przewija się w aktach wielokrotnie. Nie chodziło wyłącznie o zabezpieczenie postępowania, ale przede wszystkim o ocenę, że pozostawienie Łachmanka na wolności może prowadzić do kolejnych niebezpiecznych zachowań.
Bardzo istotny jest wątek związany ze stanem psychicznym podejrzanego. Z dokumentów wynika, że sąd ustalił, iż Krzysztof Łachmanek dopuścił się czynów zabronionych w stanie niepoczytalności. W takim przypadku – jak wskazano – uprawnienie do umorzenia postępowania spoczywa na prokuraturze.
To tłumaczy, dlaczego sprawa nie toczyła się według klasycznego scenariusza zakończonego wyrokiem skazującym. W przekazanych fragmentach akt pojawia się informacja, że początkowo postępowanie umorzono, uznając, że należy umieścić go w zakładzie psychiatrycznym. Obrona miała jednak argumentować, że Łachmanek nie jest osobą chorą psychicznie, a późniejsze opinie biegłych miały to potwierdzić.
To jeden z najbardziej skomplikowanych elementów tej sprawy. Z jednej strony biegli psychiatrzy i biegła psycholog stwierdzili, że Łachmanek nie jest chory psychicznie ani niedorozwinięty umysłowo. Z drugiej – opisali u niego bardzo poważne zaburzenia.
W aktach zapisano, że cierpi na zespół otępienny w stopniu umiarkowanym, organiczne zaburzenia osobowości i nastroju oraz zespół zależności alkoholowej.
Podkreślono, że zespół otępienny nie jest ani chorobą psychiczną, ani upośledzeniem umysłowym, ale sprawia, że osoba nim dotknięta zachowuje się jak osoba upośledzona umysłowo.
W innych fragmentach opinii posunięto się jeszcze dalej. Wskazano, że stan psychiczny oraz wyniki badań potwierdzają uszkodzenie ośrodkowego układu nerwowego, które objawia się właśnie jako zespół otępienny. Według biegłych miało to prowadzić do wtórnego obniżenia intelektu do poziomu odpowiadającego umiarkowanemu upośledzeniu umysłowemu.
Opisano też konkretne objawy. W aktach wymieniono zaburzenia pamięci świeżej, trudności w koncentracji uwagi, zubożenie osobowości, trudności w rozumieniu bardziej złożonych poleceń i dłuższych wypowiedzi oraz męczliwość uwagi.
Biegli mieli uznać, że Łachmanek nie jest w stanie panować nad swoim zachowaniem i postępowaniem, jest bezkrytyczny wobec własnych czynów, bagatelizuje je, nie czuje się uzależniony od alkoholu i nie ma wglądu w mechanizmy swojego działania.
To sformułowanie wraca w aktach bardzo wyraźnie. W jednym z uzasadnień zapisano, że podejrzany stanowi zagrożenie dla siebie i otoczenia, a ryzyko ponownego dopuszczenia się przez niego czynów o znacznej społecznej szkodliwości jest wysokie.
Według biegłych, przebywanie przez niego na wolności miało się wiązać z dużym ryzykiem powrotu do nałogu alkoholowego i z dużym prawdopodobieństwem popełnienia podobnych czynów w przyszłości.
W jednej z opinii wskazano wręcz, że może powodować zagrożenie od ataków fizycznych aż po możliwość spowodowania katastrofy. Dodano też, że pozostawienie go w takim stanie bez właściwego leczenia może doprowadzić do szybkiego pogorszenia zdrowia, nawet w perspektywie miesięcy, a nie lat.
W uzasadnieniach można znaleźć również wyjątkowo mocne sformułowania dotyczące codziennego funkcjonowania Łachmanka. Według biegłych nie miał być zdolny do samodzielnego funkcjonowania w otoczeniu, przewidywania skutków własnych działań, rozumienia podstawowych norm społecznych i moralnych ani nawet wykonywania części podstawowych czynności życia codziennego. Zapisano, że gdyby był pozostawiony sam sobie przez dłuższy czas, jego życie mogłoby być zagrożone.
Choć początkowo rozważano umieszczenie Łachmanka w zakładzie psychiatrycznym, ostatecznie – jak wynika z przekazanych materiałów – uznano, że odpowiednim miejscem będzie areszt śledczy z możliwością obserwacji psychiatrycznej.
Od 9 lutego 2023 roku przebywał na oddziale psychiatrii sądowej Aresztu Śledczego w Szczecinie, pozostając pod stałą kontrolą lekarzy.
To ważny element całej sprawy, bo tłumaczy, dlaczego – mimo wątków psychiatrycznych – nie doszło do osadzenia w klasycznym zakładzie psychiatrycznym. Decydujące znaczenie miało to, że biegli nie rozpoznali u niego choroby psychicznej w ścisłym znaczeniu, lecz zespół otępienny i inne zaburzenia organiczne.
W aktach pojawia się też wyjaśnienie, dlaczego wobec Łachmanka utrzymano bezterminowy zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych.
Sąd i biegli zwracali uwagę nie tylko na prowadzenie auta pod wpływem 2,29 promila alkoholu, ale również na to, że wcześniej pracował jako zawodowy kierowca. W dokumentach przypomniano, że w 2019 roku był kierowcą busa i odpowiadał za spowodowanie wypadku komunikacyjnego.
Uznano, że cofnięcie całkowitego zakazu mogłoby stworzyć zagrożenie, że wróci do zawodu i znów będzie przewoził ludzi, stwarzając ryzyko dla zdrowia i życia pasażerów. Z tego powodu zakaz utrzymano bezterminowo.
Akta pokazują nie tylko wątek karny i medyczny, ale też dramatyczne tło socjalne tej historii. Z dokumentów wynika, że sytuacja finansowa Krzysztofa Łachmanka i jego żony jest bardzo trudna.
W kwietniu 2025 roku umorzono mu grzywnę w wysokości 600 zł, argumentując, że 61-letni mężczyzna pozostaje na utrzymaniu żony, która pobiera emeryturę w wysokości niespełna 500 zł. Wskazano, że nie pracuje, nie ma uprawnień emerytalno-rentowych, a okresowo utrzymuje się ze świadczeń pomocy społecznej.
W dokumentach odnotowano też, że sytuacja małżeństwa była tak zła, iż z powodu zadłużenia odcięto im nawet dostęp do wody.
Podkreślono zarazem, że tylko systematyczne przyjmowanie leków, stosowanie się do zaleceń oraz całkowite powstrzymywanie się od alkoholu może doprowadzić do stabilizacji stanu psychicznego Łachmanka. Zaznaczono jednak wyraźnie, że nie cofnie to organicznych uszkodzeń mózgu odpowiadających za zespół otępienny.
Im głębiej wchodzi się w tę sprawę, tym wyraźniej widać, że są tu dwa zupełnie odmienne obrazy tego samego człowieka.
Pierwszy to obraz przedstawiany przez samego Krzysztofa Łachmanka – byłego kierowcy zawodowego, który twierdzi, że został wciągnięty w spiralę sąsiedzkiego konfliktu i przez lata był niesłusznie przetrzymywany w areszcie tymczasowym.
Drugi to obraz płynący z akt – człowieka z poważnymi zaburzeniami organicznymi, uzależnieniem alkoholowym, obniżonym intelektem i zachowaniami uznanymi za niebezpieczne zarówno dla sąsiadów, jak i dla niego samego.
Te dwa obrazy nie przystają do siebie. I właśnie dlatego ta sprawa jest tak trudna, niejednoznaczna i poruszająca.
Jedno nie ulega wątpliwości. Akta nie pokazują banalnej sąsiedzkiej sprzeczki, lecz długotrwały, narastający konflikt, który według śledczych i biegłych przybrał formę poważnego zagrożenia. Z drugiej strony sam Łachmanek do dziś przekonuje, że został potraktowany przez system zbyt surowo i zbyt długo pozostawał zamknięty bez prawomocnego wyroku.
I to właśnie pomiędzy tymi dwiema wersjami toczy się prawdziwa opowieść o Krzysztofie Łachmanku z Jasienia.
Należy też podkreślić, że sąsiedzi nie chcieli na ten temat rozmawiać.
::news{"type":"see-also","item":"9730"}
::addons{"type":"only-with-us", "color":"black"}
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu ibytow.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas lub użyj przycisku Zgłoś komentarz
WALCZĄCY Z WILKAMI. Powiat bytowski chce zmian
Nie dla odstrzału wilków. To nie ich jest za dużo tylko lasów za mało, a myśliwym znudziło się tłumaczenie pomylenia rowerzysty z dzikiem. Mylić psa z wilkiem to będzie wyzwanie. No i takie trofeum to jest przecież coś. Myśliwym radzę przejść się po lesie i podziwiać przyrodę przez okulary lub obiekty, a nie lunetę od strzelby, to i nie bedą wyolbrzymiać ilości zwierzyny w lasach. Zawsze jest im za dużo, wilków, saren, dzików, badań lekarskich na broń. Z okazji świat życzę myśliwym, by zamienili się stronami i przy pomocy żon stali się jeleniami czy innymi rogaczami. Może inaczej ukierunkują chęć zabijania
sarna
15:02, 2026-04-05
Rybacy złapani nad jeziorem Glinowskim
Kapusta glowa pusta bez przerwy te swoje bo z nie jednego pieca chleb jadlem wez sie zarej do psychijatry
Stanislaw
11:13, 2026-04-05
WALCZĄCY Z WILKAMI. Powiat bytowski chce zmian
I bardzo dobrze w końcu spolecznosc lokalna ma coś do powiedzenia . A nie ci wszyscy wielbiciele wilków z Warszawki czy innej metropoli . Ponadto wilki rocznie pożerają tony dziczyzny najzdrowsze żywności, ktora powiną trafiać na nasze stoły. Ciekawe kto jest takim stanem życzy zainteresowany.
Czarny
09:13, 2026-04-05
WALCZĄCY Z WILKAMI. Powiat bytowski chce zmian
Brawo
Marcin
08:22, 2026-04-05