Straż rybacka pojawiła się nieoczekiwanie nad prywatnym jeziorem Glinowskim. Zabrakło jednego dokumentu, więc skierowano sprawę do prokuratury
Po publikacji tekstu o interwencji nad jeziorem Glinowskim do redakcji zadzwonił rybak, który brał udział w całym zdarzeniu. Nie ukrywa oburzenia i przekonuje, że został przedstawiony jak kłusownik, choć – jak podkreśla – działał legalnie na rzecz właściciela prywatnego jeziora, a problem dotyczył wyłącznie braku jednego dokumentu z Urzędu Marszałkowskiego.
::addons{"type":"only-with-us", "color":"black"}
To ważne uzupełnienie, bo rozmówca nie kwestionuje samej kontroli ani tego, że wymaganego odstępstwa nie miał. Zwraca jednak uwagę, że opisanie całej sprawy w kategoriach zwykłego kłusownictwa wypacza obraz sytuacji i uruchamia falę hejtu wobec człowieka, który – jak twierdzi – nie wszedł na cudzy akwen, nie wykradał ryb i nie prowadził połowu na handel.
TO NIE BYŁ OGÓLNODOSTĘPNY AKWEN
Rybak podkreśla, że jezioro Glinowskie, na którym doszło do interwencji, jest akwenem prywatnym, a on sam został wynajęty przez właściciela do wykonania połowu na jego rzecz.
– To nie było żadne kłusownictwo. Byłem wynajęty przez właściciela tego akwenu. To jest całkowicie prywatna woda – mówi.
Jak zaznacza, właśnie dlatego najbardziej zabolało go określenie użyte później w obiegu publicznym. W jego ocenie słowo „kłusownik” sugeruje sytuację, w której ktoś nielegalnie wchodzi na cudzą wodę i działa z premedytacją poza prawem. Tymczasem tutaj – jak przekonuje – chodziło o połowy wykonywane na rzecz właściciela jeziora, z oznakowaną łodzią i oznakowanymi sieciami.
– Uprawnienie do rybactwa było, właściciel był, sieci były oznakowane, łódź była oznakowana. Brakowało tylko jednego kwitu – relacjonuje.
CHODZIŁO O POZYSKANIE IKRY
To najważniejszy element jego wyjaśnień. Rozmówca przekonuje, że nie łowił szczupaków po to, by je sprzedać lub zabrać do domu. Jak mówi, celem było pozyskanie ikry do sztucznego tarła, a ryby miały wrócić do jeziora.
– Wszystkie ryby znajdowały się w skrzynce z wodą i chodziło tylko o pozyskanie ikry – podkreśla.
Dodaje, że gdyby chodziło o zwykły połów konsumpcyjny lub handlowy, nikt nie trzymałby ryb żywych w wodzie przez wiele godzin.
– Jeżeli ktoś łowiłby ryby do zjedzenia albo na sprzedaż, to po co trzymałby je w skrzynce z wodą? – pyta.
Według jego relacji po zakończeniu czynności ryby zostały wypuszczone z powrotem do jeziora. To właśnie ten aspekt – jego zdaniem – całkowicie odróżnia tę sytuację od klasycznego kłusownictwa.
BRAKOWAŁO ZGODY, ALE NIE BYŁO UKRYWANIA DZIAŁAŃ
Rybak nie zaprzecza, że nie posiadał wymaganego odstępstwa z Urzędu Marszałkowskiego na połów ryb w okresie ochronnym. Twierdzi jednak, że zarówno on, jak i właściciel jeziora byli przekonani, iż na wodzie całkowicie prywatnej taki dokument nie jest konieczny.
– Dostaliśmy od straży pouczenie. Powiedziano nam, że nawet jeśli to jest woda prywatna, to taki kwit też musi być – mówi.
Jak relacjonuje, nie chodziło więc o świadome omijanie przepisów, lecz o błędne przekonanie co do ich zakresu. Podkreśla też, że gdyby wiedział wcześniej o takim obowiązku, bez problemu załatwiłby formalność.
– Czy opłacałoby mi się oszczędzać 82 złote na takim kwicie? Gdybym wiedział, to po prostu bym go załatwił i miał spokój – tłumaczy.
Rozmówca zwraca również uwagę na praktyczny problem związany z procedurą. Jak mówi, wnioski trzeba składać odpowiednio wcześniej, a sam dokument nie przychodzi od razu. Tymczasem moment gotowości ryb do tarła zależy od warunków w konkretnym zbiorniku.
SZEŚĆ GODZIN NA BRZEGU I CZEKANIE NA KOLEJNE PATROLE
Jednym z najmocniejszych wątków rozmowy jest opis samej kontroli. Rybak twierdzi, że czynności przeciągnęły się od około godziny 12.30 do 18.30. Na miejscu mieli być strażnicy państwowi, społeczni, patrol policji, a później także kolejni funkcjonariusze i technik.
– Od 12.30 do 18.30 byłem przez nich trzymany – mówi.
Według jego relacji najpierw trzeba było długo czekać na policję, bo miejsce jest trudne do odnalezienia. Później – na funkcjonariusza prowadzącego dalsze czynności, a następnie jeszcze na technika kryminalistyki.
– Przyjechał technik dopiero wieczorem. Pracy na miejscu było może dziesięć minut, a całe czekanie trwało godzinami – relacjonuje.
Jak dodaje, właściciel jeziora również musiał zostawić swoje obowiązki i przez kilka godzin pozostawał na miejscu zamiast wykonywać pracę w gospodarstwie.
RYBY PRZEŻYŁY, BO WODA BYŁA CIĄGLE WYMIENIANA
Rozmówca mocno akcentuje, że podczas całej wielogodzinnej interwencji najważniejsze było dla niego utrzymanie szczupaków przy życiu. Twierdzi, że ryby przeżyły wyłącznie dlatego, że stale wymieniał wodę w skrzynkach.
– Co 20 minut zmieniałem wodę. Tylko dzięki temu przeżyły – mówi.
Jego zdaniem to pokazuje, że nie miał zamiaru ich uśmiercać. Wręcz przeciwnie – zależało mu na pobraniu ikry i wypuszczeniu ryb z powrotem.
– Gdyby te ryby padły, dopiero wtedy można by mówić o bezmyślności. A one wróciły do wody – przekonuje.
WĄTPLIWOŚCI CO DO TEGO, CO ZABEZPIECZONO
Rybak zgłasza też zastrzeżenia do sposobu dokumentowania całej sytuacji. Twierdzi, że na brzegu znajdowały się również inne sieci, suche, przeznaczone do innych gatunków ryb i niewykorzystywane tego dnia, a mimo to pojawił się problem z ich potraktowaniem jako materiału dowodowego.
Jak mówi, musiał zwracać uwagę, że nie można mylić jednych z drugimi, bo prowadziłoby to do całkowicie błędnych wniosków.
FALA HEJTU PO PUBLIKACJI
Rozmówca nie ukrywa, że po nagłośnieniu sprawy zaczął ponosić społeczne konsekwencje. Twierdzi, że w małym środowisku szybko zaczęto kojarzyć, o kogo chodzi. Jak mówi, jeszcze tego samego dnia po weekendzie musiał tłumaczyć sprawę w pracy.
– Ludzie wiedzą, o kogo chodzi. Ja już odbieram to źle mailowo, SMS-owo, już chodzą groźby w moją stronę – mówi.
Dlatego poprosił, by w uzupełnieniu nie ujawniać jego danych osobowych. Chce jedynie, by wybrzmiało jedno – że między kłusownikiem a rybakiem działającym na prywatnym jeziorze bez jednego dokumentu istnieje zasadnicza różnica.
SPRAWA SIĘ JESZCZE NIE KOŃCZY
Jak wynika z relacji rozmówcy, od straży rybackiej dostał upomnienie, ale sprawa została przekazana dalej i mogą być prowadzone dalsze czynności przez policję oraz prokuraturę. Sam zainteresowany nie ukrywa, że jest zaskoczony skalą reakcji służb.
– To wszystko poszło dalej, choć na miejscu usłyszałem też pouczenie. Teraz wszystko zależy od policji i prokuratury – mówi.
Jednocześnie zaznacza, że nie próbuje zaprzeczać faktom. Potwierdza brak wymaganego dokumentu, ale domaga się, by całą sytuację opisywać uczciwie i z uwzględnieniem kontekstu.
Do tematu wrócimy.
::news{"type":"see-also","item":"23743"}
::addons{"type":"only-with-us", "color":"black"}
JK13:53, 31.03.2026
Czyli zabrakło NAJWAŻNIEJSZEGO dokumentu! Pozwolenia!
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu ibytow.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas lub użyj przycisku Zgłoś komentarz
Zablokowane rondo. Ciężarówka uderzyła w latarnię
Dobrze, że jest tam ta lampa. Przynajmniej kierowcy zwalniają.
Wrycz
14:21, 2026-03-31
Jezioro prywatne, IKRA i sześć godzin kontroli
Czyli zabrakło NAJWAŻNIEJSZEGO dokumentu! Pozwolenia!
JK
13:53, 2026-03-31
Zablokowane rondo. Ciężarówka uderzyła w latarnię
Zapewne to ten zawodowiec co parkuje na parkingu na cmentarzu. Widać że słabo się zna na fachu, w terenie zabudowanym parkowanie takiego zestawu dozwolone jest tylko w miejscu do tego wyznaczonym.
Zawodowiec
13:43, 2026-03-31
AUDYT basenu Nimfa za 23 tysiące zł
Kto poniesie odpowiedzialność i karę za: wywóz za publiczne pieniądze odpadu z prywatnej posesji na teren mosiru? czy sprawę zgłoszono do prokuratury?
Malina
12:12, 2026-03-31