Wiadomości

Zamknij

Dodaj komentarz

Łukasz Wysocki zmarł po latach heroicznej walki

Mateusz Węsierski Mateusz Węsierski 15:09, 28.03.2026 Aktualizacja: 15:13, 28.03.2026
Zapal znicz
Łukasz Wysocki zmarł po latach heroicznej walki Łukasz Wysocki zmarł po wielu latach walki z chorobą

To miał być moment, na który czekał przez lata. Telefon ze szpitala, że jest wątroba. Szansa. Ratunek. Początek nowego życia. Zamiast powrotu do domu i powolnego odzyskiwania sił przyszła jednak jeszcze jedna, najcięższa walka. Walki tej nie udało się już wygrać.

Łukasz Wysocki z Tuchomia zmarł w szpitalu w Warszawie. Odszedł po przeszczepie wątroby, na który czekał od lat. Sam zabieg się udał. Nowy narząd pracował. Organizm nie przegrał z operacją. Łukasza pokonały zakażenia, które pojawiły się później.

We wtorek przyszła wiadomość, w którą trudno było uwierzyć. Jeszcze niedawno była nadzieja. Jeszcze trwało kurczowe trzymanie się życia. Jeszcze żona mówiła o cudzie, o lekarzach i pielęgniarkach zdumionych jego siłą, o kolejnych operacjach, o tym, że Łukasz po prostu nie odpuszcza.

Dziś została cisza, niedowierzanie i opowieść o człowieku, który od dziecka żył tak, jakby los nieustannie wystawiał go na próbę.

WALCZYŁ OD DZIECKA

Historia Łukasza Wysockiego nie zaczęła się w tym roku ani nawet kilka lat temu. Zaczęła się wtedy, gdy miał zaledwie dziewięć lat. To właśnie wtedy usłyszał diagnozę, która dla wielu byłaby wyrokiem – nowotwór wątroby.

Już jako dziecko przeszedł gehennę, której dorosły człowiek mógłby nie udźwignąć. Była chemioterapia, były ciężkie operacje, był strach rodziców i były chwile, gdy lekarze nie dawali praktycznie żadnych szans.

– Lekarze powiedzieli wówczas moim rodzicom, że najbliższej nocy mogę nie przeżyć. Dali mi 1 procent szans – opowiadał w rozmowie z nami dwa lata temu.

Przeżył. I nie tylko przeżył. Skończył szkoły, zdał maturę, został inżynierem, podjął pracę, założył rodzinę. Ułożył sobie życie mimo cierpienia, kolejnych powikłań, zabiegów i nawracających problemów zdrowotnych.

Nowotwór został pokonany, ale jego miejsce zajęły następne dramaty. Zakrzepica żyły wrotnej, żylaki przełyku i dwunastnicy, groźne krwawienia, kolejne pobyty w szpitalach, drenaże, ryzyko wykrwawienia przy każdym kolejnym zabiegu. W pewnym momencie lekarze przyznawali wprost, że jego przypadek jest tak skomplikowany, że nie ma na niego prostego rozwiązania ani w Polsce, ani właściwie nigdzie na świecie.

A jednak on wciąż szukał ratunku.

::video{"type":"single","item":"292"}

ŻYCIE MIMO WSZYSTKO

W tej historii najbardziej poruszało zawsze to, że Łukasz nie był człowiekiem, który opowiadał o chorobie z goryczą. Przeciwnie. W pamięci wielu osób zostanie jako ktoś, kto mimo wszystkiego potrafił się uśmiechać, żartować, planować.

Obok niego była Izabela. Żona, która nie tylko towarzyszyła mu w chorobie, ale przez wszystkie te lata po prostu z nim szła. Razem wychowywali córkę Emilię. Razem żyli nadzieją, że medycyna znajdzie rozwiązanie. Razem przechodzili przez kolejne dramatyczne momenty, gdy życie znów wisiało na włosku.

Dwa lata temu Izabela mówiła nam, że pokochała Łukasza za to, kim jest, a nie za to, z czym musi się mierzyć.

– Kocham go za to, kim jest. Za jego poczucie humoru w obliczu tego wszystkiego, co przeszedł. Podziwiam go za to, z czego potrafi się cieszyć. To są drobne rzeczy. Jego żarty są niesamowite, a uwiódł mnie swoim uśmiechem – mówiła.

To nie były puste słowa. W ostatnich tygodniach dało się zobaczyć, ile znaczyły naprawdę.

TELEFON, NA KTÓRY CZEKAŁ 

25 lutego 2026 roku około godziny 21 zadzwonił telefon. To był ten moment. Informacja, że jest dla niego wątroba i trzeba natychmiast jechać do Warszawy.

Dla rodziny ten wyjazd był mieszaniną euforii i strachu. Wreszcie pojawiła się realna szansa na przeszczep, na który Łukasz czekał od lat. Nad ranem byli już na miejscu. Operację zaplanowano na godzinę 14.

Izabela zawiozła go pod blok operacyjny kilka minut po czternastej.

– Radość mieszała się ze strachem.

Potem zaczęły się godziny ciszy. Szpital nie dzwonił. Dopiero wieczorem, gdy sama zadzwoniła, usłyszała, że ma czekać na telefon od lekarza. Po około godzinie przyszła wiadomość, która zmieniła wszystko.

– Łukasz jest w stanie krytycznym, nie doszło do przeszczepu, bo za mocno krwawił. Ratowali mu życie.

To był moment, w którym znów stanął nad przepaścią.

CZTERY OPERACJE 

Po pierwszej operacji nie było wiadomo, czy przeżyje noc. Krwawienie było tak silne, że lekarze najpierw walczyli nie o powodzenie przeszczepu, ale o samo ocalenie życia.

– Generalnie on miał cztery operacje. Przy pierwszej za dużo, za mocno krwawił. Musieli mu ratować życie. Był w stanie krytycznym po pierwszej operacji. Nie było wiadomo, czy w ogóle noc przeżyje – relacjonowała Izabela.

Po 48 godzinach przeprowadzono drugą reoperację. Potem kolejną. Dopiero podczas trzeciej operacji udało się przeszczepić wątrobę. Czwarta była konieczna, by domknąć całość i ustabilizować stan po wcześniejszych dramatycznych interwencjach.

Do tego doszły następne zabiegi, podłączenie ECMO, czyli układu wspomagającego pracę płuc i serca, walka o krzepliwość, o ciśnienie, o każdy parametr, który u zdrowego człowieka wydaje się czymś oczywistym.

– Robili wszystko po prostu, żeby go jak najdłużej utrzymać przy życiu. No i przeżył.

Przeżył. I to właśnie wtedy pojawiła się nadzieja, że najgorsze jest już za nim.

NOWE ZAGROŻENIE

Z relacji Izabeli wynikało jasno, że sam przeszczep dał realną nadzieję. Nowy narząd pracował, były przepływy, wyniki – choć niestabilne – wskazywały, że wątroba funkcjonuje.

– Sam organ dostał ponoć bardzo, bardzo dobry - mówiła żona Łukasza. 

Problemem stało się jednak coś innego. Zakażenia. Najpierw pojawiła się bakteria New Delhi, groźna i oporna na antybiotyki. Potem kolejne zakażenie, tym razem grzybicze. Lekarze walczyli, by nie dopuścić do sepsy. Łukasz był utrzymywany w śpiączce farmakologicznej, miał tracheotomię, był wyniszczony do granic możliwości.

– On jest w tej chwili tak wycieńczony, że nie ma siły oddychać. Nie ma siły ścisnąć ręki, więc jest rehabilitowany - relacjonowała.

Były jednak chwile, które poruszały najmocniej. Krótkie momenty świadomości. Dni, w których schodzono z leków i można było do niego mówić. Gdy był w stanie kiwnąć głową. Gdy rozumiał.

– Jak on był świadomy, to właśnie pierwsze, co mu mówiliśmy: Łukasz, udało się, masz nową wątrobę.

To było jego marzenie. Wiedział, że ryzyko jest ogromne. Wiedział, że może nie przeżyć operacji. A mimo to podjął tę walkę świadomie.

LEKARZE BYLI ZDUMIENI

W jednej z ostatnich rozmów Izabela mówiła o czymś, co wraca jak refren w całej tej historii – o jego niezwykłej woli życia.

– Jego wola życia zadziwia wszystkich lekarzy i pielęgniarki.

To nie było tylko zdanie napisane w emocjach. Potwierdzała to również później przez telefon.

W tych słowach zawiera się chyba wszystko. Nie był tylko pacjentem z ciężkim przypadkiem medycznym. Był człowiekiem, który do samego końca nie przestawał walczyć.

CUDU NIE BYŁO

Po publikacji informacji o przeszczepie wielu ludzi wierzyło, że to przełom. Że skoro Łukasz przeszedł przez piekło operacji, przez krwawienie, przez kolejne zabiegi, przez ECMO, przez tyle dni w stanie krytycznym, to wróci.

Tak wierzyli bliscy. Tak wierzyli znajomi. Tak wierzyli też ci, którzy śledzili jego historię od lat.

Niestety, kilka dni temu przyszła wiadomość o śmierci.

– We wtorek zmarł. Wcześniej jeszcze był troszeczkę nieświadomy, ale niestety pokonały go te wszystkie zakażenia – przekazała Izabela Wysocka.

Jak dodała, to nie nowa wątroba zawiodła. Organ się przyjął, pracował. Ostatecznie Łukasz przegrał z zakażeniami, które pojawiły się po przeszczepie.

I właśnie w tym jest największy dramat tej historii. Tak blisko nowego życia, tak blisko powrotu, tak blisko spełnienia marzenia, które niosło go przez lata.

ŻONA, CÓRKA I PAMIĘĆ

Łukasz miał 31 lat, gdy dwa lata temu opowiadał nam o swoim życiu. Dziś ta opowieść brzmi jeszcze mocniej. Wtedy mówił nie tylko o bólu, ale też o wdzięczności, o ludziach, którzy pomagali, o pracy, o rodzinie, o marzeniach.

Mówił też o swojej córce. Chciał ją poprowadzić do ślubu. Tego marzenia nie zdąży spełnić. Emilia ma dziś sześć lat. Będzie pamiętała tatę.

Została też Izabela – kobieta, która była przy nim wtedy, gdy zadzwonił telefon o nowej wątrobie, gdy wieziono go na blok operacyjny, gdy lekarze mówili o stanie krytycznym, gdy pojawiała się nadzieja i gdy trzeba było przyjąć najgorszą wiadomość.

W takich historiach trudno znaleźć mądre zakończenie. Nie ma tu żadnego sprawiedliwego sensu, który tłumaczyłby śmierć człowieka tak długo walczącego o życie. Można tylko powiedzieć jedno: Łukasz Wysocki zrobił wszystko, co było możliwe. I zrobiła to też jego rodzina.

POŻEGNANIE W TUCHOMIU

Pogrzeb Łukasza Wysockiego odbędzie się w poniedziałek o godzinie 14.00 w Tuchomiu.

Ci, którzy chcą go pożegnać, będą mogli zrobić to podczas mszy i uroczystości pogrzebowych.

::news{"type":"see-also","item":"15150"}

 

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu ibytow.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%