Zamknij
REKLAMA

ROLNIK ROLNIKOWI WILKIEM. Sprawa spryskanej borówki

23:02, 15.07.2021 | M.W.
Skomentuj
REKLAMA

Chciał zarobić kilkaset tysięcy złotych na plantacji jagody kamczackiej, ale z interesu nic nie wyszło, ponieważ zaszkodził mu były już kolega, również rolnik. Karol Łangowski z Nakli będzie domagać się odszkodowania od rolnika z miejscowości Karwno w gminie Czarna Dąbrówka. Powód to wykonanie oprysku pestycydami w taki sposób, że zniszczona została spora część jego plantacji, na której uprawiał jagodę kamczacką. W tej sprawie mocno oberwało się też przedstawicielom bytowskiego oddziału Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa. Podobno robili wszystko, aby nie doprowadzić do ukarania rolnika z Karwna. Rzekomo powodem było ich koleżeństwo. 

Karol Łangowski ma 39 lat i intensywnie rozwija swoje gospodarstwo w kierunku upraw ekologicznych. Ma łącznie ponad 100 ha ziemi, a w pobliżu Jerzkowic postanowił uprawiać jagodę kamczacką. Aby uzyskać niezbędne certyfikaty i tym samym wyższą cenę zbytu owoców, przynajmniej przez 2 lata musi prowadzić uprawę ekologiczną. Wszystko jest stale kontrolowane i oczywiście nie może być nawożenia pestycydami. Łangowski trzymał się tych instrukcji. Trzeci rok uprawy jagody przypadał na 2020 rok. Wówczas miał po raz pierwszy uzyskać wyższą cenę, bo około 21 zł za kilogram, zamiast 12 zł. Myślał, że wszystko jest już załatwione, ale wtedy przyjechał on, czyli jego dotychczasowy kolega, rolnik z Karwna, który po sąsiedzku uprawiał ziemniaki. 

- Plantację prowadziłem bez jakichkolwiek oprysków, ponieważ jagoda kamczacka jest prosta w uprawie - mówi Karol Łangowski. - Łącznie mam 18 ha jagody kamczackiej, a na tamtym kawałku koło Jerzkowic było 13 ha. 

Plantacja była certyfikowana przez 2 lata. Stale kontrolowano go, aby sprawdzić czy czasami nie podsypuje jagody nawozem. 

- W ubiegłym roku był pierwszy rok, w którym mogliśmy sprzedać jagodę jako produkt w 100 proc. ekologiczny. Szła by za tym lepsza cena i zbyt na taki produkt jest bardziej pewny - opowiada Łangowski.

Wylicza, że z 1 ha rolnik potrafi pozyskać nawet 1,5 t. jagody kamczackiej. Mnożąc 100 razy 21 zł, czyli wyższą cenę zbytu owoców oraz zakładając, że z 1 ha uda się pozyskać jedynie tonę jagody kamczackiej, wychodzi i tak około 130 tys. zł różnicy, jeśli chodzi o wyższą cenę produktu ekologicznego. 

- Dwa tygodnie przed zbiorami liście zaczęły żółknąć. Początkowo nie wiedzieliśmy o co chodzi. Po sprawdzeniu okazało się, że na drugim końcu plantacji, która ma około 400 m szerokości, wszystko było w porządku. Żółte liście były tylko od strony pola sąsiada, rolnika z Karwna, który uprawiał tam ziemniaki. Zadzwoniłem do Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa, bo to oni pilnują przepisów, jeśli chodzi o stosowanie środków ochrony roślin - opowiada Łangowski. - Już w pierwszej godzinie stwierdzili jednoznacznie, że wina jest po stronie sąsiada, który uprawia ziemniaki. Najprawdopodobniej przy spryskiwaniu pestycydy dostały się na moją plantację. Wyglądało to tak, jakby wybuchła tam bomba pestycydowa. 

Po sprawdzeniu u kolegi, który mieszka w Jerzkowicach, okazało się, że faktycznie pewnego czerwcowego dnia, przy bardzo silnym wietrze, właściciel pola z ziemniakami spryskiwał je pestycydami. Oczywiście zastosował legalny środek, ale niezgodnie z przepisami, bo nie wolno opryskiwać pola przy silnym wietrze. 

- Robił to przy wietrze w porywach do 80 km na godzinę, a dozwolone są maksymalnie 4 m. na sekundę, czyli lekki wiaterek. W momencie, kiedy on pryskał, dosłownie “łeb urywało”. Pryskał w taki sposób, że okoliczne drzewa, rosnące przy drodze, były popalone do wysokości 4 m. - opowiada Karol Łangowski. - Najrozsądniej - według siebie - wybrał moment, gdy wiało, ale nie padało. Gdyby padało, to środek by nie zadziałał, więc on byłby stratny. Zrobił to w taki sposób, że to ja poniosłem straty. 

Karol Łangowski zeznaje, że próbki pobrano w 3 miejscach. Po jednej na obu polach oraz na drugim końcu plantacji jagody. Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa przeprowadziła też kontrolę u rolnika z Karwna, gdzie potwierdzono, że w jego rejestrze był oprysk pestycydami w tamtym czasie i na tym polu. Łangowski sam też zlecił kompleksowe badania, na które wydał 7 tys. zł, bo wybrał wszystkie możliwe opcje testów. Z badań wyszły te same substancje czynne, które rolnik z Karwna miał w swojej ewidencji. Dla Karola Łangowskiego sprawa wydawała się oczywista. 

- Jakież było moje zdziwienie, gdy po kontroli stwierdzili, że jednoznacznie nie można uznać, że to mój sąsiad spryskał swoją oraz jednocześnie moją plantację pestycydami. Pod decyzją podpisał się dyrektor instytucji. Ten nagle miał nieco inne spojrzenie niż jego pracownicy, którzy byli u mnie wcześniej. Swoją drogą wiem, że dyrektor jest częstym gościem u tego rolnika w Karwnie. Mogę powiedzieć, że się kolegują.

Dalej wyjaśnia on, że wystawienie mandatu i potwierdzenie sprawy przez Państwową Inspekcję Ochrony Roślin i Nasiennictwa było o tyle ważne, że z powodu mandatu automatycznie rolnik może stracić nawet 30 proc. dopłat. Rolnik z Karwna ma około 800 ha, więc mógłby stracić około 300 tys. zł, ale to nie wszystko. Mandat otworzyłby też drogę do postępowania cywilnego. Brak mandatu, to rozmycie sprawy i brak możliwości wyciągnięcia konsekwencji.

- Najłatwiej było im to zablokować nie wystawiając mandatu i dokładnie tak zrobili, a konkretnie zrobił to dyrektor, kolega rolnika z Karwna - opowiada Łangowski. 

Gdy dowiedział się, że mandatu nie będzie, zadzwonił do dyrektora Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa i zwyzywał go. Przyjechała delegacja z Gdańska. Ku jego zdziwieniu, w kontroli brali udział pracownicy bytowskiego inspektoratu. 

- Napisali te same głupoty, co wcześniej pracownicy bytowskiego inspektoratu, z tą różnicą, że pan dyrektor z Bytowa zadzwonił do mnie i poinformował, że teraz to moje gospodarstwo zostanie skontrolowane. Była to oczywista złośliwość czy wręcz zemsta, bo należy wiedzieć, że gospodarstwa przez Państwową Inspekcję Ochrony Roślin i Nasiennictwa są kontrolowane według wieloletniego planu, a tu nie było przyczyny do niezapowiedzianej kontroli, poza przyjętym terminarzem - zeznaje poszkodowany rolnik. - To nie działa tak, że oni przychodzą rano wypić kawę, włączają maszynę losująca i losowo wybierają gospodarstwo do kontroli. Wytypowanie gospodarstw do kontroli odbywa się w listopadzie, a oni znienacka pod koniec lipca.

Łangowski uparł się i wystąpił o zmianę instytucji kontrolującej. Ostatecznie nie stwierdzono żadnych nieprawidłowości. Przewrotnie można stwierdzić, że pozytywny wynik kontroli był atutem dla poszkodowanego rolnika. Łangowski odwołał się od decyzji Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Roślin i Nasiennictwa w Gdańsku do centrali w Warszawie. Sprawa tam początkowo “ślimaczyła się”, ale gdy zagroził, że sprawę zgłosi do Ministerstwa Rolnictwa, zareagowano i jeszcze raz ją przeanalizowano. Przedstawiciel centrali w Warszawie zadzwonił do Gdańska, dał im wytyczne i kazał ukarać rolnika z Karwna mandatem, bo - jego zdaniem - dowody były oczywiste. Przecież nikt pestycydów z helikoptera na pole nie zrzucił. 

- Dostałem wtedy pismo z Gdańska z podobnym opisem sprawy, ale już o innym brzmieniu zakończenia, w którym poinformowano mnie o wręczeniu mojemu sąsiadowi mandatu w wysokości 500 zł. Była to kara skromna, która jednakże otworzyła mi drogę do dochodzenia roszczeń na drodze cywilnej - zaznacza.

Rolnik z Nakli nie zamierza odpuszczać. Wystąpił do kancelarii prawnej i będzie domagać się wypłacenia rekompensaty przez byłego kolegę. Wstępnie jego straty ocenić można na około kilkaset tysięcy złotych. Trzeba też wziąć pod uwagę, że od teraz znowu przez 2 lata Karol Łangowski musi prowadzić stale kontrolowane uprawy i dopiero w trzecim roku ma szansę uzyskać certyfikat produktu ekologicznego. Każdy stracony rok to kilkaset tysięcy złotych straty. 

- Co ciekawe, kiedy przyszedł nakaz z Gdańska, dotyczący nałożenia mandatu, mój kolega był świadkiem jak zachowywał się dyrektor w Bytowie. Tego dnia był tak zdenerwowany, jakby chciał wszystkie meble przez okno wyrzucić i wszystkich pracowników - opowiada Karol Łangowski. 

Zdenerwowany jest na pewno rolnik z Karwna. Gdy próbowaliśmy z nim porozmawiać i powiedzieliśmy o co chodzi, rozłączył się. Kiedy spróbowaliśmy do niego zadzwonić ponownie, nie odbierał telefonu. Dyrektor PIORiN w Bytowie odmówił udzielenia komentarza.

Do sprawy wrócimy.

(M.W.)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
0%