Aleksander Maszka potrzebuje pieniędzy na rehabilitację, aby mieć szansę na powrót do normalnego życia
To miał być zwykły letni dzień. Rodzinny wyjazd nad jezioro, dzieci kąpiące się przy pomoście, chwila odpoczynku po pracy i planach na nowe życie. Wystarczyła sekunda, by wszystko runęło. Aleksander Maszka z Łąkiego (gm. Lipnica) po upadku z pomostu doznał ciężkiego urazu kręgosłupa i uszkodzenia rdzenia. Dziś porusza się na wózku inwalidzkim, a jego codzienność to walka z bólem, ograniczeniami i bezlitosnym czasem. Ratunkiem ma być kosztowna rehabilitacja, na którą prowadzona jest internetowa zbiórka.
JESZCZE NIEDAWNO MIAŁ ZWYCZAJNE ŻYCIE
Aleksander ma 30 lat, żonę i córkę, która chodzi już do pierwszej klasy. Przez lata pracował za granicą. Jak sam przyznaje, wyjechał po szkole niby tylko na chwilę, a skończyło się na ośmiu latach życia na walizkach. Z czasem te wyjazdy były coraz krótsze, ale nadal oznaczały rozłąkę z rodziną i ciągłe funkcjonowanie między pracą a domem.
– Na początku wyjeżdżałem na długie okresy, spędzałem tam miesiące. Później już na tydzień czy dwa, wracałem na weekend, ale taki weekend bardzo szybko mijał. Człowiek przyjeżdżał z pracy do pracy. Trzeba było zrobić coś wokół domu, pobyć z rodziną i zaraz znowu wyjazd – opowiada.
Pracował na budowie, zajmował się hydrauliką. Paradoks całej tej historii jest brutalny. Przez lata nic mu się nie stało przy ciężkiej pracy. Dramat przyszedł w czasie wolnym, gdy był z rodziną.
– To był właśnie ten weekend. Przyjechałem z zagranicy do domu i już zostałem. Tylko nie w taki sposób, jak planowałem – mówi.
A plany były konkretne. Chciał wreszcie zamknąć etap pracy poza domem, wrócić na stałe, znaleźć zatrudnienie na miejscu i po prostu żyć normalnie – blisko żony i dziecka.
TRAGEDIA NAD JEZIOREM
Do wypadku doszło 16 sierpnia 2025 roku. Aleksander był nad jeziorem razem z rodziną. Dzieci kąpały się przy pomoście, a on ich pilnował. Stał na pływającym pomoście, dobrze znanym miejscu, bo jak mówi, spędzali tam czas od lat. I właśnie wtedy wydarzyło się coś, czego do dziś nie potrafi dokładnie odtworzyć.
– Sam nie jestem w stanie określić, co dokładnie się stało. Nie pamiętam tego momentu. Nie wiem, czy straciłem równowagę, czy wydarzyło się coś innego. Dopiero gdy już uderzyłem głową, wróciła mi świadomość – relacjonuje.
To jedna z najbardziej przejmujących części tej historii. Aleksander nie pamięta samego upadku. Nie wie, w co dokładnie uderzył. Nie potrafi też wskazać nikogo, kto widziałby cały moment od początku do końca.
– Nie wiem, czy to był kamień, czy coś innego. Z tego, co wiem, w wodzie mogły być jakieś pozostałości po starym pomoście. Ktoś mówił też o jakimś krawężniku wyłowionym następnego dnia. Ale ja nie mam pewności. Nie mam roszczeń do nikogo. To było zdarzenie losowe – podkreśla.
W jednej chwili znalazł się w wodzie. Początkowo nikt nie zorientował się, że to nie zabawa.
– Ten pan, który mnie zauważył, myślał najpierw, że po prostu dziwnie pływam albo nurkuję. Dopiero gdy zobaczył, że leci mi krew z głowy, wskoczył do wody – wspomina.
Chwile, które rozegrały się potem, do dziś ma przed oczami.
– Nie mogłem unieść twarzy nad wodę, żeby złapać oddech. Na początku próbowałem, ale to nie wychodziło. W pewnym momencie pomyślałem, że nie ma sensu tracić sił. Ruszałem rękami i po prostu czekałem – mówi.
To był moment czystego przerażenia. Człowiek przytomny, świadomy, ale pozbawiony kontroli nad własnym ciałem.
– Strach był ogromny. To się strasznie dłużyło. Dopiero gdy poczułem, że ktoś skoczył obok mnie do wody, wiedziałem, że może uda się mnie uratować – opowiada.
Potem był jeszcze dramatyczny moment wyciągania go na pomost.
– Ten pan pomagał od dołu, a żona ciągnęła mnie za kąpielówki na pomost. Już wtedy wiedziałem, że jest bardzo źle. Mówiłem do żony, że nie czuję nóg – wspomina.
DIAGNOZA, KTÓRA WYWRÓCIŁA WSZYSTKO
Po wypadku Aleksander trafił do szpitala wojewódzkiego w Koszalinie, gdzie przeszedł operację. Diagnoza była druzgocąca – wybuchowe złamanie kręgu C7 z uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Od linii piersiowej w dół jest sparaliżowany.
– Lekarze nie są w stanie potwierdzić, czy wszystko jeszcze ruszy, czy nie ruszy. Mówią, że maksymalnie do dwóch lat od wypadku jest szansa, żeby coś się poprawiło. Rdzeń nie został przerwany, ale został uszkodzony – mówi.
Właśnie ta informacja jest dziś dla niego i jego bliskich najważniejsza. Szansa nadal istnieje, ale nie będzie czekać bez końca. Każdy miesiąc ma znaczenie.
Po operacji spędził dwa tygodnie w szpitalu w Koszalinie, a później trafił do Białogardu na pierwszą rehabilitację. Tam jednak pojawiły się kolejne problemy.
– Na początku rehabilitacja była codziennie, ale później zaczęły się infekcje i problemy z pęcherzem. Przez sześć tygodni leżałem praktycznie tylko w pokoju. Ćwiczenia były, ale już tylko na łóżku. Nie mogłem brać czynnego udziału na sali, nie byłem pionowany. To nie było to samo – opowiada.
NAJWIĘKSZYM WROGIEM JEST DZIŚ CZAS
Choć od wypadku minęły już miesiące, Aleksander codziennie pracuje nad sobą. Rano ćwiczy z mamą, wieczorem z żoną. Są masaże, rolowanie nóg, elektrostymulator, rowerek. Rodzina robi wszystko, co może, by organizm dostawał jak najwięcej bodźców.
– W domu ćwiczę codziennie. Mama pomaga mi rano, wieczorem ćwiczymy z żoną. Robimy wszystko, co się da, ale nic nie zastąpi profesjonalnej rehabilitacji – mówi.
Szczególnie ważna jest pionizacja, czyli stopniowe przyzwyczajanie organizmu do pozycji pionowej. W jego przypadku to jeden z kluczowych elementów terapii.
– Lekarze mówią, że najważniejsza jest teraz pionizacja. A ja nie mogę tego robić tak, jak powinienem. Nie mam własnego pionizatora, bo to też są ogromne koszty. Na ten moment realna szansa na taką rehabilitację jest tylko prywatnie – przyznaje.
I tu zaczyna się największy dramat tej rodziny. Publiczny system nie daje mu dziś realnej pomocy w odpowiednim czasie.
– Na rehabilitację na NFZ mam termin dopiero na listopad 2027 roku – mówi wprost.
To oznacza, że z punktu widzenia walki o odzyskanie sprawności ten termin jest po prostu za późny.
PRYWATNA REHABILITACJA KOSZTUJE FORTUNĘ
Aleksander wie już, gdzie chciałby pojechać. Miejsce zostało mu polecone przez fizjoterapeutów. Problemem są jednak pieniądze. Sam koszt wyjazdu na 14 dni, z czego 12 dni to rehabilitacja, zaczyna się od około 15 tysięcy złotych. Do tego dochodzą kolejne wydatki – dodatkowe ćwiczenia, dojazd, pobyt opiekuna, a czasem również osobno płatne zajęcia czy sprzęt.
– Z opiekunem, dojazdem i dodatkowymi kosztami może to być nawet około 20 tysięcy złotych – wylicza.
Dla rodziny to kwota praktycznie nieosiągalna. Żona pracuje na etacie, Aleksander jest na rencie, która – jak mówi – wynosi około 75 procent wcześniejszych świadczeń. To nie wystarcza nawet na zwykłe codzienne potrzeby związane z jego stanem zdrowia.
– Są leki, pieluchy, codzienne wydatki. Tych kosztów jest mnóstwo. Do tego dochodzi rehabilitacja. Tego nie da się udźwignąć samemu – przyznaje.
Choć zbiórka już trwa, a rodzina wcześniej organizowała także inne formy wsparcia, potrzeby są dużo większe.
– Każda złotówka ma znaczenie. Dzięki temu, co udało się już zebrać, dzięki pomocy rodziny i znajomych, możemy działać, ćwiczyć i próbować iść do przodu. Ale żeby skorzystać z profesjonalnej rehabilitacji, potrzebujemy dużo większego wsparcia – mówi.
NAJBARDZIEJ BOLI TO, CO ODEBRAŁ LOS
W tej historii najbardziej uderza nie tylko sam dramatyczny wypadek, ale też to, jak wiele Aleksandrowi odebrał. Nie tylko zdrowie. Odebrał mu normalność, samodzielność, pracę, plany i zwyczajne chwile z rodziną, które dla zdrowego człowieka wydają się oczywiste.
– Chciałbym po prostu wrócić do domu na stałe i normalnie żyć. Być z rodziną, pracować, funkcjonować bez tego wszystkiego – mówi.
Jeszcze mocniej wybrzmiewają jego słowa o córce.
– Chcę znowu móc przytulić córkę bez ograniczeń. To jest moje największe marzenie – przyznaje.
W tych prostych zdaniach jest cała prawda o tej zbiórce. To nie jest prośba o wygodę. To jest walka o odzyskanie choć części życia. O szansę, by młody mężczyzna, mąż i ojciec nie został zamknięty na zawsze w czterech ścianach i w ograniczeniach własnego ciała.
– Chciałbym zobaczyć, jak wygląda taka profesjonalna rehabilitacja i czy przyniesie efekty. W domu robimy dużo, ale wiadomo, że to nie to samo – mówi.
I dodaje coś, co trudno czytać obojętnie.
– Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze stanę o własnych siłach. Że uda się wrócić choć kawałek do dawnego życia.
POTRZEBNA JEST POMOC
Dziś Aleksander Maszka z Łąkiego potrzebuje nie współczucia, lecz realnego wsparcia. Wpłaty, udostępnienia, nagłośnienia zbiórki. Każdy dzień ma znaczenie, bo w walce o sprawność po uszkodzeniu rdzenia czas jest jednym z najważniejszych czynników.
Ta historia pokazuje, jak kruche potrafi być życie. Jeszcze chwilę wcześniej był młodym ojcem, który wracał z zagranicy i chciał zacząć wszystko od nowa u siebie. Dziś siedzi na wózku i liczy na to, że ludzie pomogą mu zawalczyć o to, co dla większości z nas jest codziennością – ruch, samodzielność, możliwość wstania, przejścia kilku kroków, przytulenia dziecka.
Jeśli ktoś może pomóc, właśnie teraz jest ten moment. Bo dla Aleksandra ta walka wciąż trwa. I wciąż jeszcze nie jest przegrana.
POMÓŻ ALEKSANDROWI!
Link do zbiórki:
BLIK na telefon
numer: 733 205 189
tytuł: Aleksander Maszka
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu ibytow.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas lub użyj przycisku Zgłoś komentarz
Masowe L4 w komendzie. Co dzieje się w dochodzeniówce?
Może jakieś pomocnicze ORMO założyć? Ludzie powinni czuć się bezpiecznie.
afro
06:59, 2026-05-02
Masowe L4 w komendzie. Co dzieje się w dochodzeniówce?
Nie pasuje to do prywaciarza a nie kombinować za nasze. Napewno sobie polepszą
Pomysłowy
19:11, 2026-05-01
1000-litrowy zbiornik przygniótł dostawcę
Zakłady matalilgiczne w Bytowie...Gdzie odpowiednią wentylecja światło itd...hamy żerują na pracownikach...Gdzie BHP...
Bytów
16:57, 2026-05-01
1000-litrowy zbiornik przygniótł dostawcę
kurier przyjedzie na plac jak widać bez własnego wózka widłowego i pewnie żeby szybko wyruszyć w trasę kazano mu samemu się wyładować to tylko domysły...
pozamiatane
14:58, 2026-05-01