Zamknij

Dodaj komentarz

Bannerowy MYŚLICIEL z Kramarzyn. Prądzyński WYWALCZYŁ prawdę. Sąsiad potwierdza

Mateusz Węsierski Mateusz Węsierski 21:42, 24.01.2026 Aktualizacja: 21:53, 24.01.2026
Skomentuj Bannerowy MYŚLICIEL z Kramarzyn. Prądzyński WYWALCZYŁ prawdę. Sąsiad potwierdza Ludwik Prądzyński twierdzi, że policja w niewłaściwy sposób poprowadziła śledztwo w sprawie zerwania banerów wyborczych

Afera w Kramarzynach przybiera nieoczekiwany obrót, a lokalny spór o baner wyborczy Karola Nawrockiego odsłania sieć kłamstw i wzajemnych oskarżeń. Choć sprawczyni usunięcia plakatu publicznie przyznała się do winy, twierdząc, że działała na prośbę właścicieli posesji, pan Adam G. kategorycznie temu zaprzecza, nazywając jej relację „kłamstwem”. W tle walki o prawdę pojawiają się brutalne ataki personalne, w tym wypominanie kradzieży wątróbki, oraz zarzuty pod adresem policji o polityczne sterowanie postępowaniem tuż przed wyborami prezydenckimi.

​„Sąsiedzki uczynek” czy perfidne kłamstwo?

​Sprawa zaczęła się pod koniec maja 2025 roku, gdy z płotu jednej z posesji w Kramarzynach zniknął plakat wyborczy. Kobieta, która go zdjęła, od początku przekonywała, że nie kierowała się polityką, lecz prośbą sąsiadów. Jej tłumaczenia były pełne pewności siebie i ironii.

- ​Baner wisiał na płocie u sąsiadów, którzy nie mieszkają w Kramarzynach i nie wyrażali zgody na powieszenie go w tym miejscu. Zadzwonili do mnie i poprosili, abym go zdjęła. Wówczas nie wiedziałam, że nie można tego robić samodzielnie, tylko należy taki baner zgłosić do policji – wyjaśniała mieszkanka Kramarzyn.

​Kobieta twierdziła, że policja potraktowała ją ulgowo, a całe zamieszanie to wina „nienormalnego” zachowania lokalnego zwolennika partii Prawo i Sprawiedliwość. 

​- Powiedzieli mu tak, żeby się odczepił, bo jego zachowanie normalne nie jest. Tu nie ma żadnego politycznego spisku. To nie było celowe działanie, tylko sąsiedzki dobry uczynek po jego nielegalnym działaniu - twierdziła nasza rozmówczyni. 

​Sytuacja stała się jednak znacznie ostrzejsza, gdy sprawczyni postanowiła uderzyć w rodzinę Ludwika Prądzyńskiego, wyciągając rzekome incydenty z przeszłości.

- ​Pan Ludwik to niech lepiej zajmie się swoją żoną, która została przyłapana na kradzieży w sklepie w Tuchomiu. Niech sobie z tym najpierw poradzi, bo to wstyd kraść wątróbkę o wartości 14 złotych – ripostowała złośliwie.

​Dodała również, że Prądzyński powinien być wdzięczny losowi, a nie szukać zwady.

- ​Powinien cieszyć się życiem, bo strażacy mu je uratowali. Był już prawie na drugim świecie, ale udało się go przywrócić do życia. Z tej okazji zorganizował nawet imprezę i dał na mszę. Dlatego dziwi mnie, że teraz wszczyna wojnę o baner wart nieco ponad 100 złotych.

​Właściciel posesji: „To kłamstwo, była moja zgoda”

​Cała konstrukcja o „sąsiedzkiej przysłudze” runęła, gdy głos zabrał właściciel posesji, pan Adam G. Jego wypowiedź nie pozostawia złudzeń co do tego, kto mówi prawdę o pozwoleniu na wywieszenie materiałów wyborczych.

​- Dla mnie to jest chore, bo ja nie kazałem jej ściągać. Ja mogę jej prosto w oczy powiedzieć, że to kłamstwo. Czy ona mi się nie zapyta, czy ja jej kazałem ściągać? Tak, plakaty były powieszone za moją zgodą.

​Ludwik Prądzyński, po rozmowie z właścicielem w grudniu 2025 roku, jest przekonany, że doszło do świadomej manipulacji.

- ​To nie była pomyłka, to było wierutne kłamstwo. Perfidne kłamstwo. Można się pomylić, ale nie zaprzeczać i iść w zaparte. Kłamstwo nie ma granic – komentuje Prądzyński.

​Relatywizacja prawa i policyjny „areszt”

​Najbardziej kontrowersyjnym elementem sprawy pozostaje działanie policji. Prądzyński relacjonuje, że moment, w którym funkcjonariusze zorientowali się, czyj plakat został zniszczony, był punktem zwrotnym w śledztwie. Zamiast sprawnego zabezpieczenia dowodów, poczuł się jak przestępca.

- ​Policjant sporządził protokół, mnie przesłuchano, ale zamiast zająć się tą osobą, którą wskazaliśmy, zaczęli mnie traktować jak podejrzanego. To nie było przesłuchanie, to był areszt. Siedziałem w samochodzie, duszno, drzwi zamknięte, nawet z zewnątrz nie dało się ich otworzyć. Czułem się jak sprawca.

​Mimo że kobieta sama przyznała funkcjonariuszom, co zrobiła, policja z Bytowa umorzyła sprawę, twierdząc, że „sprawcy nie wykryto”.

- ​Po trzech miesiącach dostałem odpowiedź całkowitą, że sprawcy nie wykryto. A sprawca był tego samego dnia wykryty. Nastąpiła relatywizacja prawa. Co uznajemy za prawo, to jest prawem, czego nie uznajemy, to nie jest prawo – grzmi Prądzyński.

​Po publikacji nowych faktów i dotarciu do oświadczenia właściciela posesji, policja w Bytowie została zmuszona do ponownego otwarcia sprawy. Oficer prasowy, sierż. szt. Dawid Łaszcz, potwierdził, że postępowanie zostało podjęte w celu weryfikacji dodatkowych okoliczności.

::news{"type":"see-also","item":"20775"}

 

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu ibytow.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OSTATNIE KOMENTARZE

0%